Lato w naszym mieście trwało nieproszone. Miron od zawsze uważał, że turyści to samo zło, łażą wszędzie, brudzą, a na koncerty miejskie przychodzić nie chcą. Na ulicach, chodnikach i plażach naszego miasta panował wieczny nieład. Po co sprzątać, jak i tak za chwilę stonka nabałagani. Nawet ptaki nie musiały czekać na dzień śmigusa-dyngusa, żeby zapaskudzić ubrania przechodniów, a ławki na centralnym placu pełniły funkcję toalet dla ptasiego świata.